Miracles of the Heart Ministries - Linda Schubert

 

LINDA SCHUBERT
Bogaty w Miłosierdzie
świadectwo Lindy Schubert

Rhema Lublin 1999
ISBN: 83-911917-1-0
format: 95x150, stron: 32, oprawa: miękka
orginał do kupienia w internecie

"Bogaty  w miłosierdzie" - Linda Schubert

Linda Schubert jest aktywnie zaangażowana w pracę pisarską, warsztaty i posługę modlitwy. Od 1985 do 1991 roku napisała wraz z Ó. Robertem De Grandis S. S. J. dziewięć książek. Od 1991 roku stale podróżuje, prowadząc warsztaty oparte na jej popularnych broszurach o mod- litwie: „Godzina przemiany", „Cuda w pięć minut" i „Uzdrawiająca moc Ojcowskiego błogosławieństwa". Była członkiem Pas- terskiego Komitetu Doradczego Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej w Diecezji San Jose, w Kalifami. Koncentrując się przede wszystkim na modlitwie serca, pełniła posługę w całych Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, Australii, Anglii, Walii, Irlandii, Filipinach, Włoszech, na Malcie, w Szwajcarii, Belize, Nigerii, Nowej Zelandii, w Niemczech i na Węgrzech. Jest także członkiem Stowarzyszenia Chrześcijańskich Terapeutów. W kwietniu 1997 roku prowadziła Seminarium Uzdrowienia Wewnętrznego w Lublinie. Tytuł oryginału: Rich In Mercy ©1996 Linda Schubert © for the Polish Edition by RHEMA s.c.  1997 Tłumaczenie: Ewa Pyczek Korekta: Aneta Matyjaszek Opracowanie redakcyjne: Jacek Dudzic Opracowanie techniczne: Rhema S.C. Fotografia na okładce została wykonana w Budapeszcie na Węgrzech w marcu 1996 (repropukcja za zgodą Lindy Schubert) Wszystkie cytaty biblijne za: Biblią Tysiąclecia Adres Lindy: E-mai l: linda@linda-schubert. com 01997 RHEMA s.c. Lublin Skład i druk: RHEMA s.c.

 

 „A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia..." (Ef. 2,4-5).

Tysiąc osób siedziało na składanych krzesełkach na parkingu przykościelnym w Lagos; zbierały się właśnie chmury burzowe. Byłam w Nigerii jako mówca z okazji dwudziestej trzeciej rocznicy Odnowy Charyzmatycznej w tym kraju. Deszcz zaczął padać w połowie mojego przemówienia na temat przebaczenia. Entuzjastycznie nastawionym Nigeryjczykom zdawało się to nie przeszkadzać; przyzwyczajeni byli do większych niewygód niż przemoknięcie na deszczu. Później tego wieczora myślałam o trudach i niedostatkach tych ludzi i mojej własnej bezradności w obliczu przytłaczających potrzeb. "Panie - wołałam - potrzeby są tak wielkie, a ja jestem taka mała!" Jego odpowiedź zawładnęła moim sercem: "Mało w moich rękach znaczy wiele". Zawołałam więc: "Pozwól mi oddać to w Twoje ręce!" Dzieliłam się tym doświadczeniem wiele razy w moich podróżach po świecie, także i tym słowem od Pana, które pierwszy raz zaprowadziło mnie do Nigerii. Ale zanim opowiem jak zdołałam wyjechać do Zachodniej Afryki, chciałabym podzielić się z Wami cudami miłości Boga, który wybrał dziewczynę chodzącą wcześniej po tak wielu błędnych drogach i postawił ją na Królewskiej Drodze. Moja historia jest nowiną o nadziei, szczególnie dla tych, którzy czują, że ich dusza nigdy więcej nie zaśpiewa. To opowieść zachęty dla tych, którzy czują, że Bóg już nie będzie miał z nich żadnego pożytku z powodu ich wcześniejszych upadków. Panie, Ty jesteś bogaty w miłosierdzie. Niech Twoje miłosierdzie płynie poprzez te strony do serca każdego czytelnika. Proszę, namaść te słowa, a także oczy, uszy i serca, które te słowa przyjmują. Niech Twój Duch wzniesie się poprzez te słowa i wypełni Twoje wielkie i wspaniałe plany. Amen.

Lata mojego wczesnego dzieciństwa upłynęły na 2400-akrowym ranchu mojej babki, wysoko w paśmie górskim Santa Lucia, biegnącym wzdłuż wybrzeża Północnej Kalifornii pomiędzy Monterey i Big Sur. Moja babcia, Florence Hogue, była nauczycielką-pionierką, która przy- była z Chicago do Kalifornii na krytym wozie i zyskała uznanie przekształcając niesfornych chłopców z wybrzeża w odpowiedzialnych obywateli. Moja wczesna edukacja odbywała się w jednoizbowej szkole na wybrzeżu, w której pobierało nauki 15 uczniów, 6 klas w jednej izbie. Tatuś, Charlie Vander Ploeg, był ateistą i synem całych pokoleń holenderskich ateistów. Zdecydowanie odrzucał Słowo Boga. Mama spotkała Chrystusa jako stu- dentka State College w San Jose w Kalifornii, ale z powodu trudnej dynamiki rodzinnej moja siostra - CherriI - i ja nie wychowywałyśmy się w chrześcijańskim domu. Jedyną formą mojego wzrastania z katechizmem była krótka dziecinna piosenka "Jezus mnie kocha". Wiele było słonecznych popołudni spędzanych na sznurowej huśtawce zawieszonej na starym dębie, gdy bujając się wysoko wśród drzew w tę i z powrotem, śpiewałam: "Jezus mnie kocha, ja to wiem, bo tak Biblia mówi nam. Wszyscy mali Jego są. Oni są słabi, lecz mocny On. Tak, Jezus mnie kocha, tak, Jezus mnie kocha, tak, Jezus mnie kocha, tak Biblia mówi nam". Nasiona Bożej miłości padały na glebę mojego serca rzucane przez samego Jezusa, dzięki tej natchnionej, krótkiej piosence. Jako dziecko i potem, jako dorosła osoba, bałam się mężczyzn. Nie potrafiłam otworzyć swojego serca i czuć się z nimi swobodnie. Istniała jakaś niewidzialna ściana. Rodzina uważała mnie za dzikie dziecko; wszyscy obawiali się, że będzie ze mną tak jak z ciocią Ruth. Pracowałam ciężko, żeby dorównać tej opinii! Ciotka Ruth była zdecydowanie czarną owcą w rodzinie, renegatem, reporterką gazet i fotografem o niekonwencjonalnym stylu życia. W dzisiejszych czasach byłaby nazwana "kobietą niezależną" lub "wyzwoloną". Gdy miałam 19 lat i byłam studentką college'u stanowego w San Jose spotkałam Billa i pobraliśmy się. Jako że został opuszczony przez ojca w dzieciństwie, nasze małżeństwo wyzwoliło w nim pragnienie poznania ojca, którego nigdy nie widział. Po żmudnych poszukiwaniach zadzwonił któregoś dnia do jakiegoś człowieka w Atlancie, w Georgii. "Wierzę, że jestem pańskim synem" - powiedział do tego obcego. Zostawił college i wyjechał do Atlanty. Sprzedałam ukochane pianino mojej babki, żeby uzyskać pieniądze na podróż i podążyłam za moim mężem, który wyruszył na poszukiwanie swoich korzeni. Po paru miesiącach starań i zawodów, z ciężkim sercem wsiedliśmy do pociągu jadącego do Kalifornii. Podróżowaliśmy w Wielkanoc w późnych latach pięćdziesiątych przez równiny Texasu. Bili i ja piliśmy coś w wagonie restauracyjnym i znaleźliśmy jakiś ukryty pokoik dla naszej miłości, gdy nagle pociąg zatrzymał się ze zgrzytem. To, co zobaczyłam za oknem zostawiło trwałą bliznę w mojej duszy. Pociąg przejechał właśnie przez most nad głębokim kanionem, którym płynęła rzeka. Parę rodzin odbywało tam piknik. Sześcioro dzieci spacerowało po moście kolejowym, gdy nasz pociąg wpadł na nie. Jedno skoczyło i skacząc złamało nogę. Strzępy pięciu małych ciał leżały rozciągnięte w suchej trawie za oknami pociągu, a ich rodziny patrzyły przerażone z dołu. Tego dnia przysięgłam sobie nigdy nie mieć dzieci. Coś umarło w moim wnętrzu. Gdy patrzę wstecz, jestem przekonana, że było to załamanie emocjonalne. Wkrótce po naszym powrocie do Kalifornii uciekłam i zostawiłam Billa zyskując szybki rozwód w Reno. (Dwadzieścia pięć lat później dowiedziałam się, że ten człowiek z Atlanty nie był jednak ojcem Billa). Parę tygodni po ukończeniu rozwodu poślubiłam Dick'a, kolegę z czasów studenckich. Rok później odeszłam także od niego. Zanim skończyłam 23 lata byłam już dwukrotnie mężatką, dwukrotnie rozwiedzioną. Życie było jak spirala zmierzająca w dół, wyrywająca się spod kontroli. Nie miałam pojęcia jak zbudować życie przynoszące owoce; po prostu nie wiedziałam jak żyć.

Gdy miałam około 25 lat, spotkałam i poślubiłam Rona, rozwiedzionego mężczyznę z czwórką dzieci ' w wieku 6, 8,10 i 12 lat. Kiedy zamieszkaliśmy razem, Roń powiedział rodzinie, że chce żebyśmy wszyscy zostali katolikami. Umówiliśmy się na spotkanie z ojcem Dermody w kościele Our Lady (Nasza Pani) w parafii Różańcowej w Pało Alto w Kalifornii. Dokładnie przestudiował historię naszego małżeństwa, potem wyjaśnił, że aby zostać katolikami powinniśmy żyć przez resztę życia jak brat i siostra, a nie jak para małżeńska. O ile nasza decyzja przyjęcia tego ; orzeczenia zaszokowała tych, którzy o tym słyszeli, dla mnie stało się to łaską - szczególnie w późniejszych latach - gdy wiedziałam już, że dla przetrwania emocjonalnego potrzebuję pewnego dystansu do Rona. Wprowadzenie w wiarę katolicką było dokładnie tym czego potrzebowałam. Uczyłam się o Bogu w historii i o wspaniałym planie miłości naszego Ojca zmierzającym do przywrócenia przyjaźni między Nim a ludźmi. Uczyłam się o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa; uczyłam się o opiece Ducha Świętego. Poprzez ten proces Pan wyprowadzał ład z chaosu mojego życia. Nauczanie chrześcijańskie ma ogromny potencjał. A jednak moje chrześcijaństwo było wciąż jeszcze wiedzą mieszkającą w głowie; nie sięgnęło jeszcze mojego serca. Jak to się dzieje z wieloma innymi ludźmi, Pan zawładnął moim sercem przez osobisty kryzys. U trzeciego z moich przybranych synów, Randy'ego, stwierdzono rzadki rodzaj nieuleczalnego raka. Zmarł w wieku 21 lat. Tydzień po jego śmierci włączyłam któregoś dnia telewizor i usłyszałam chrześcijańskiego kaznodzieję, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Pat Robertson w Klubie 700 zapraszał słuchaczy aby poddali swoje życie Jezusowi. Upadłszy na kolana modliłam się razem z nim mniej więcej tak: „jeżu, ogromnie żałuję, że tak przeżywałam swoje życie. Żałuję za wszystkie błędne wybory, wszystkie błędne drogi i zwracam się ku Tobie. Proszę, wejdź w moje życie i bądź moim Zbawicielem i moim Panem. Oddaję Ci moje życie. Proszę, napełnij mnie Twoim Duchem Świętym. Amen." Na zajęciach przygotowawczych uczyłam się o osobie i o dziełach Jezusa. Tego historycznego dnia zrobiłam następ- ny krok. Powiedziałam: „Jezu, wiedząc kim Ty jesteś i co uczyniłeś dla mnie, oddaję Ci teraz moje życie". Odczułam namacalnie obecność Ducha Świętego, który mnie kochał, który napełniał mnie swoim życiem. Wsiadłam do naszej starej furgonetki marki Dodge i po prostu jeździłam sobie z szeroko otwartymi oknami, śpiewając w Duchu z głębi mojego serca. Był to początek podróży ku odkrywaniu jak Pan w zadziwiający sposób bierze odpowiedzialność za nasze życie, gdy je zawierzymy Jego opiece. Następnego ranka wyjrzałam przez drzwi naszego domu w San Jose w Kalifornii i coś się radykalnie zmieniło. Powiedziałam wiatrowi: „Nie mam żadnych przyjaciół". Przeżyłam moje życie do tego momentu w zasadzie zupełnie oddzielona od innych ludzi. Głębokiego bólu mojego serca nie dzieliłam z jedną choćby osobą.

Teraz uświadomiłam sobie, że nie mogę dłużej żyć w ten sposób. Gdy Duch Święty przychodzi, jest On Bogiem wspólnoty. Wzywa nas byśmy szli razem, pomagając sobie wzajemnie wzrastać w miłości. Powiedziałam więc głośno stojąc u drzwi: „Panie, DAJ Ml PRZYJACIÓŁ". W trakcie naszej przeprowadzki do Springfieid, do Yirginii, miesiąc później Bóg odpowiedział na tę modlitwę. W parafii Ducha Świętego w Springfieid któregoś ranka po Mszy Św. dosłownie wpadłam w ramiona Mary Augusty Roseberry, niewysokiej siwej pani, która stała się moją pierwszą przyjaciółką. Chodziłyśmy do jej domu po Mszy, piłyśmy kawę, rozmawiałyśmy. Krok po kroku poznała całą moją historię. Bastion za bastionem padały moje zapory. Jej pełna ciepła dobroć nie stawiająca żadnych warunków wsączała się w moją poranioną i złamaną duszę przynosząc wolność i nadzieję. Poznałam cuda Bożego miłosierdzia dzięki jej współczującej miłości. Ona była odbiciem serca Jezusa. O ile czas po śmierci Randy'ego był dla mnie czasem zmartwychwstania, dla innych członków rodziny był czasem załamania. Drugi z moich przybranych synów popadł w schizofrenię, a mój mąż przeżył załamanie nerwowe. Później moja przybrana córka miała ciężki atak serca, w wyniku którego została przykuta do wózka inwalidzkiego. Patrząc wstecz, czuję, że gdybyśmy wszyscy zdrowo podeszli do naszego smutku, wszystko mogłoby wyglądać całkiem inaczej. Ale czytam z nadzieją słowa z Listu do Rzymian 8,28: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru". Wróciliśmy do Kalifornii, 300 mil z chorym mężem na przednim siedzeniu i 16-letnim syjamskim kotem, Coffee, zdychającym na tylnym siedzeniu. Wkrótce po naszym powrocie do domu Coffee zdechł. Wypłakałam więcej łez nad tym stworzeniem niż nad czymkolwiek w ciągu ostatnich kilku lat. Jego śmierć była sposobnością do otwarcia tamy łez nie wypłakanych przez lata. Pan dokonywał głębokiego uleczenia w moim życiu. Pismo stało się moim codziennym pokarmem. Bywało, że czytałam moją Biblię godzinami, czasem do późnej nocy. Mój duch ożywał. Zaczynałam słyszeć głos Boga w mojej duszy. Pan mówi: „Moje owce słuchają mego głosu, a ja znam je. Idą one za mną" (J. 10,27). On mówił w mojej duszy, w moich myślach, w moim rozumie. Jedną z pierwszych lektur ważnych dla mnie była Księga Powtórzonego Prawa 30,19-20: „Kładę przed wami życie i śmierć... Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie...".

W pewnym momencie, w czasie tego okresu przebudzenia zaczęłam rozumieć, że strach przed mężczyzna- mi, który mnie więził, był od początku zakorzeniony w dzieciństwie w kwestiach seksualnych dotyczących mojego ojca i mężczyzn bliskich naszej rodzinie. Kiedy to mówię, chcę wyraźnie podkreślić, że szanuję mojego ojca, co będzie wyraźnie widoczne w dalszym ciągu mojej historii. Po prostu nie czułam się bezpieczna w jego objęciach. Dotykał dziewcząt w sposób, który nie był ojcowski. Zaczęłam się modlić aby kiedyś, zanim umrze, Pan zesłał uzdrowienie relacji pomiędzy mną i ojcem. W lat- ach, które nadeszły często się o to modliłam. Inny moment głębokiego nawrócenia przyszedł w 1984, kiedy rozpoznano u mnie raka piersi. Byłam już wówczas chrześcijanką mocną w wierze i moi przyjaciele patrzyli na mnie i mówili: „Ty jesteś mocna, Linda, poradzisz sobie z tym." Ale tak naprawdę byłam przerażona do granic możliwości. Moja babka umarła z powodu raka piersi a moja matka miała usuniętą pierś kilka lat przed moją diagnozą. Rak piersi był zatem dziedziczny w rodzinie. W tym momencie muszę przyznać, że całe moje życie byłam bardzo egoistyczną osobą, skoncentrowaną na sobie i swoim wnętrzu. Są w nas wszystkich obszary gdzie Bóg działa. To była jedna z kwestii do rozważenia. Werset 6, 33 z Ewangelii św. Mateusza stał się punktem ogniskującym poważną modlitwę: „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i Jego sprawiedliwość, a wszystko będzie wam dodane." Bóg wciąż zapraszał mnie bym odwróciła uwagę od siebie samej i dostrzegła potrzeby innych. Ostatniej nocy w szpitalu po usunięciu piersi. Bóg mówił do mojego serca: „Chcę abyś poszła i modliła się za człowieka w pokoju obok." Moja odpowiedź w tym momencie była charakterystyczna dla mojej starej natury: „Lituję się nad sobą samą, Panie. Poślij lepiej kogoś by modlił się za mnie." Pan wielokrotnie posyłał ludzi by modlili się za mnie! Ostatecznie, po oporze, który przynosił mi wstyd, wstałam, włożyłam szlafrok i pantofle i podeszłam do drzwi pokoju tego człowieka. Był to przystojny Murzyn po trzydziestce z bandażem na oczach. Znałam już wówczas zasady odwiedzin w szpitalu i wiedziałam, że istnieje odpowiedni sposób zachowania się wobec pacjentów. Ale nie postąpiłam według tych zasad. Zbliżyłam się na palcach do jego łóżka, pochyliłam się i wyszeptałam: „Bóg posłał mnie, abym modliła się za ciebie." W ciszy, która nastąpiła zobaczyłam łzy spływające po jego policzkach. Potem powiedział: „Dziś oddałem moje życie Bogu i dziś dowiedziałem się, że już nigdy nie będę widział. Nie zdajesz sobie sprawy jak wiele to dla mnie znaczy, że tu przyszłaś." Został oślepiony na skutek postrzału. Obecność Boga wypełniła cały pokój. Niewidomy mężczyzna wiedział, że Bóg wysłuchał modlitw i to uleczenie było dla mnie również potężne. Nie pamiętam słów jaki- mi się modliłam, ale wówczas nie miało to po prostu znaczenia. Bóg był w tym obecny w swojej mocy. Kiedy powróciłam do swego pokoju, upadłam na kolana i powiedziałam: „Boże żałuję że byłam tak egoistyczna i skoncentrowana na sobie. Nie wiem ile życia mi zostało, wiem, że rak piersi jest złośliwy, ale składam Ci dziś przysięgę, że uczynię każdą chwilę mego życia znaczącą dla królestwa Bożego. Z pomocą Twej kaski, gdy pytasz: „Kto pójdzie tam, gdzie go poślę?" Odpowiem: „Tu jestem, poślij mnie." Po powrocie do domu kupiłam mapę świata i zawiesiłam na ścianie. Odtąd tu było moje miejsce modlitwy. Niemal z poczuciem błogości kładłam ręce na różnych krajach i kontynentach i mówiłam: „Pójdę, dokądkolwiek zechcesz mnie posłać, Panie." Czasem mówiłam: „Poślij mnie do miejsc gdzie nikt nie chce iść." W czasie sześciu miesięcy, które po tym nastąpiły zaczęłam korespondować z O. Robertem De Grandis S.S.J. i spędziłam pięć kolejnych lat redagując wspólnie z nim 9 książek, które zostały przetłumaczone na wiele języków. Myślałam wówczas, że było to spełnienie tej modlitwy nad mapą. Później mogłam się przekonać, że to był dopiero początek.

Ale chciałabym wrócić we wspomnieniach do mojej matki i ojca, szczególnie do tego czasu, gdy Tata miał nieco powyżej siedemdziesiątki i był emerytowanym przedsiębiorcą budowlanym w Północnej Kalifornii. Mama była praktykującą chrześcijanką i pracowała jako nauczycielka pedagogiki specjalnej w Marysville w Kalifornii. Pewnego dnia Tata obwieścił Mamie, że przyłączył się do kolonii weekendowych nudystów. Była przerażona: „Co powiedzą moi przyjaciele? - łkała. „Możesz się do mnie przyłączyć" - brzmiała jego nonszalancka odpowiedź. Mama była poniżona i głęboko zawstydzona. Potem, stało się coś jeszcze gorszego. Ojciec poznał kobietę z kolonii nudystów i zdecydował się wyjechać z nią do Guadalajara w Meksyku. Moi rodzice byli wówczas małżeństwem od ponad 40 lat. Wisielcze to były lata, trudne, ale przeżyte w wierności. Mimo iż byli tak bardzo odlegli od siebie intelektualnie i duchowo, była między nimi więź przyjaźni. Łaska Boga była z mamą, gdy jej ojciec obwieścił jej swoją decyzję odejścia. Ze łzami w oczach prała i prasowała jego rzeczy, kupiła żywność do jego kempingowego samochodu i przygotowała wszystko do jego „wielkiej przygody". Kiedy wsiadał do swojego samochodu by zmierzać na południe, stanęli naprzeciw siebie oboje we łzach. „Po prostu muszę to zrobić" - wymamrotał i odjechał. W ciągu tych dni i tygodni, które potem nadeszły, Mama odkryła coś interesującego. Uświadomiła sobie, że w domu było całkiem przyjemnie bez Charliego. „Mogę iść na obiad z przyjaciółmi", myślała. „Mogę zacząć studiować Biblię", lub też: „Doprawdy, całkiem miło jest w domu bez Charliego." Czy kiedykolwiek zajmowałeś się codziennymi sprawa- mi czując obecność Boga, jakby chciał ci coś powiedzieć? Pewnego dnia mama usłyszała mocny a zarazem łagodny głos Boga: „Elizabeth, czego naprawdę chcesz?" Oto niezwykle ważne pytanie dla każdego z nas. Czy słyszałeś, że Bóg cię pyta, czego naprawdę chcesz? Wierzę, że On chce abyśmy sobie uświadamiali pragnienia naszego serca. Jeżeli schodzimy rzeczywiście głęboko, poniżej naszych przypadkowych pragnień skoncentrowanych na sobie samych, możemy odkryć, że nasze najgłębsze pragnienia są tym, czego Bóg pragnie dla nas. Doświadczenie opisane poniżej pozwoliło mi nauczyć się tego. Pewnego dnia byłam w Starym Mieście w Jerozolimie i chodziłam po sklepach chcąc coś kupić. Nie było nic specjalnego. W chwili frustracji powiedziałam: „Panie, znajdź to, czego ja naprawdę chcę!" Chwilę potem znalazłam się w małym sklepiku z ceramiką i ręcznie wyrabianym szkłem. Mój wzrok przyciągnął świecznik turku- sowej barwy. Trzymając świecznik ostrożnie odwróciłam go i przeczytałam czarno-złotą etykietkę: „Szkło z Hebronu". Wyszeptałam: „O, Jezu!" Tylko Bóg wiedział, że jedynym miejscem do jakiego pragnęłam dotrzeć pod- czas tej szczególnej podróży (ale nie mogłam) był Hebron, gdzie był pogrzebany Abraham i starzy patriarchowie. W tej świętej chwili w sklepie z pamiątkami w Jerozolimie Bóg przeniósł mnie w mym sercu do Hebronu. Objawił mi pragnienie mojego serca i odpowiedział na nie w doskonały sposób, jak tylko On potrafi. Gdy Elizabeth rozmyślała nad pytaniem Boga, jej odpowiedź wzniosła się z najgłębszego miejsca jej duszy: „O Panie, tak naprawdę pragnienie moje dotyczy małżeństwa". Jego odpowiedź była nieskończenie czuła: „Moim wyborem dla Ciebie jest miłość do Charliego. To właśnie chcę uczynić z twoim życiem". W tym momencie poznała siebie i poznała swojego Boga. Wszystko, co mogła zrobić wyrażało się w jednym: położyć swoje życie u stóp krzyża. Uczyniła to z całą samoświadomością, z jasnością, dobrocią, miłością i pełnym poddaniem. Zaakceptowała prawdę z listu do Galarów 2,20: „Razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie". Czyż ojciec nie wydaje się tutaj „starszawym obywatelem, synem marnotrawnym" z historii zawartej w piętnastym rozdziale Ewangelii św. Łukasza? Pamiętacie jak marnotrawny syn odszedł do odległej krainy i marnując swoje życie znalazł się w opłakanym położeniu, a potem doświadczył przemiany swego serca? Niedługo po rozmowie mamy z Jezusem, tata miał wypadek samochodowy w Guadalajara. Samochód pełen młodych ludzi uderzył i wywrócił jego pojazd. Najwyraźniej jednak przetoczył się on tak łagodnie, jak gdyby sami aniołowie położyli go na boku. Z niewiadomych przyczyn tata znalazł się w więzieniu w Guadalajara. Był naprawdę w opłakanym stanie. W tym nieszczęściu jego poczucie wartości w zadziwiający sposób się sprecyzowało i kiedy został zwolniony z więzienia wrócił spiesznie do domu, do Mamy, zostawiając tę drugą kobietę. l znów łaska Boża była z mamą, gdyż przyjęła tatę z otwartymi rękami, otwartym sercem. On był wciąż ateistą i wrócił do domu z gorszymi obyczajami niż wyjechał. Ona natomiast przeżyła następne pięć lat po prostu kochając Charliego, dzień za dniem, dzień za dniem. Pewnego popołudnia była już gotowa się poddać.

To było zbyt ciężkie. Bóg zna dokładnie te momenty kiedy mamy podjąć jakąś decyzję. Gdy była już gotowa spakować rzeczy i odejść, Bóg znowu przemówił łagodnie i jasno: „Elizabeth, musisz się kiedyś tego nauczyć, czemu nie teraz?" „Nauczyć się czego, Panie?" - zapytała. „Czy chcesz kochać Charliego?" Przytaknęła. „Więc kochaj go Moją miłością. Czy chcesz przebaczyć Charliemu? Przyjmij Moje przebaczenie. Wszystkie Moje zasoby są twoje. Jestem tutaj by być twoim życiem i twoją możnością działania. Przyjdź, bierz, otrzymuj." Wtedy właśnie mama nauczyła się modlić z mocą. Odkryła, że w jej słabości i niemożności musi tylko usunąć się na bok, czy do środka, i pozwolić by Boże życie płynęło przez nią aby być jej miłością, siłą i mądrością. Kiedyś, wczesnym rankiem, wstała i otworzyła Biblię, List do Koryntian 13,4-8: „Miłość jest cierpliwa, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza do bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego... Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje". Z czasem, wsączając się w nią wciąż na nowo, ta część Pisma stała się w niej żywa. Mogła powiedzieć: „Boża miłość jest we mnie cierpliwa i łaskawa. Boża miłość jest we mnie, nie pamięta złego..." „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki nóż obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca", (Hbr. 4,12). Kiedy mój ojciec miał 80 lat, został sparaliżowany i przykuty do łóżka atakiem apopleksji. Pewnego dnia za- wołał: „Elizabeth, potrzebuję pomocy". Ona nie zrozumiała i powiedziała: „Charlie robię to... robię tamto...". On jednak nalegał: „Ty mnie nie rozumiesz, potrzebuję pomocy!" W tym momencie moja siostra, Cherrill, weszła do domu i cała ta scena była jakby odegraniem na nowo obrazu ze snu, jaki miała tydzień wcześniej. Podeszła, uklękła przy jego łóżku i zapytała: „Tato, czy chciałbyś przyjąć Jezusa?" „Tak, oczywiście" - odpowiedział. Cherrill opowiadała później: „To było takie proste". To było takie proste dzięki całym latom miłości, która rozpuściła w sobie wszystkie pokolenia solidnego holenderskiego ateizmu. Rozpuściła je w miłości Boga. Tato został całkowicie uzdrowiony. Mógł wstawać, mógł używać swojej laski, mógł wrócić do swego ulubionego krzesła w salonie. Mieliśmy przed sobą jeszcze pięć lat pełnych miłości do Charliego - chrześcijanina. Od tego momentu każda modlitwa Mamy składana za niego była wysłuchana. Kiedy miał gorączkę, ona dotykała jego czoła z modlitwą i gorączka ustępowała. Gdy upadał, pojawiał się w drzwiach silny mężczyzna aby go zanieść z powrotem na jego krzesło. Czasem ludzie przychodzili i siadali w salonie i nasiąkali przedziwną obecnością Bożej miłości. Pewnego dnia tato podniósł wzrok i zobaczył anioła przy swoim prawym ramieniu. „Nie jestem gotów iść" - wykrzyknął, l anioł odszedł. Gdy miał 85 lat, naprawdę umierał. Gdy leciałam do San Diego, gdzie wówczas mieszkali, przypomniałam Panu o mojej modlitwie, którą zanosiłam przez tak wiele lat. „Panie, on jest nieprzytomny, już za późno na ulecze- nie naszej relacji". Jego odpowiedź była stanowcza: „Dla Mnie nigdy nie jest za późno". Czas spędzany w jego pokoju był cenny. Modląc się cicho przypomniałam sobie czas spędzony w górach, gdy miałam 8 lat.

Noga ojca została zmiażdżona podczas strasznego wypadku z kłodami drewna. Kiedy wróciłam tego dnia ze szkoły do domu, zobaczyłam namacalny dowód tego koszmaru w postaci odbicia splamionej krwią dłoni na plecach męskiej koszuli. Wiele lat minęło i obraz ten powracał wraz z towarzyszącym mu wstrząsem emocjonalnym. Potem, pewnego dnia, gdy pozostawałam na modlitwie, znów zobaczyłam ten obraz. Ale coś się zmieniło. Jezus wszedł w ten obraz, podszedł i położył swoją własną dłoń przebitą gwoździem na krwawym odbiciu. Potem po paru chwilach cofnął swą dłoń. Krwawe odbicie zniknęło. Jezus wziął je na siebie ze wszystkimi traumatycznymi odczuciami. Zostałam z pełnym pokoju wspomnieniem, ogarnięta Bożą miłością. Kiedy siedziałam przy moim ojcu leżącym na łożu śmierci, wołając do Boga o uleczenie naszej relacji, raz jeszcze odczułam świętą obecność Jezusa, l wówczas mój ojciec powiedział jedno słowo. Wyrwało się z niego jak strzał z karabinu, a jednak ktoś obecny w pokoju nie usłyszałby nawet szeptu. Powiedział: „PRZEPRASZAM!" Słowo to przeniosło się jakieś 40 lat wstecz do skrzywdzonej małej dziewczynki i coś nadpłynęło by spocząć wewnątrz mnie. Powiedziałam cicho: „Wybaczam ci, tato". Następnego dnia mój ojciec umarł. Jezus wziął go do siebie. W tych dniach i tygodniach, które nadeszły, odkryłam, że mój dawny strach przed mężczyznami zaczyna zanikać. Po raz pierwszy w moim życiu zauważyłam, że mogę zacząć rozwijać pełne ciepła i otwartości relacje z mężczyznami jako braćmi. Było to cudowne uzdrowienie. Przez całe moje życie uciekałam od bliskich relacji z mężczyznami. Trudno mi też się przyznać jest do moich trzech niepowodzeń małżeńskich. Jest to straszny rekord. Alę uczę się przyjmować Boże przebaczenie i uczę się stawać twarzą w twarz z bólem i uciekać natychmiast na widok pierwszych oznak nadchodzących problemów. Bóg jest miłością (1J4.16). On wzywa nas abyśmy byli tak jak On. Tak więc stawia nas wobec kwestii wymagających miłości i zaprasza nas abyśmy Mu pozwolili kochać przez nas. Kiedy się modlimy, jesteśmy przysposobieni do natury Jego miłości, l On mówi: „Chodź! Daj Mi swą dłoń. Pozwól Mi przeprowadzić cię przez ból. Pozwól Mi być tym, czego potrzebujesz. Pozwól Mi nauczyć cię kochać, ponieważ Ja jestem Miłością". Pewnego dnia przyszła jakaś kobieta i opowiedziała mi trochę o swoim życiu. Urodziła się z poważną chorobą krwi i nikt nie oczekiwał, że przeżyje. Ale jej rodzice byli blisko niej i nauczyli ją jak radzić sobie z cierpieniem.  „Przyjmij cierpienie, skarbie", mówili. „Przyjmij cierpienie z oczami utkwionymi w Jezusa. Nie uciekaj przed cierpieniem, nie chowaj się przed trudnościami. Przejdź przez nie z oczami utkwionymi w Jezusa". Bóg chce, abyśmy patrzyli na Niego i pozwolili Jego życiu wzrastać pośród wszystkich cierpień naszego życia, fizycznych, psychicznych i duchowych. Chce abyśmy zaufali Mu w tych warunkach w jakich jesteśmy. Chce żebyśmy Mu się poddali i złączyli z Nim, abyśmy niezależnie od tego jakie próby nas spotkają, zwracali się ku Niemu z ufnością i mówili: „jak mam na to odpowiedzieć, Panie? Jak mam to odczuwać?" On chciałby, żebyśmy byli tak całkowicie Jemu oddani, byśmy uczynili miejsce dla Jego Ducha by mógł w nas wzrastać poprzez wszystkie sytuacje naszego życia. Gdy to piszę, przypominam sobie tę pieśń, którą po cichu śpiewałam Jezusowi pewnego ranka w czasie Mszy: „Niech Twój Duch wznosi się we mnie". Przez cały dzień śpiewałam: „Niech Twój Duch wznosi się poprzez mój zamęt... niech Twój Duch wznosi się poprzez moje słabości... niech Twój Duch wznosi się poprzez moje myśli... O, Jezu! Niech wznosi się Twój Duch!" Mniej więcej rok po śmierci mojego ojca, leciałam samolotem z San Francisco do Nowego Orleanu, gdy ujrzałam jasny i promienny obraz jego twarzy. Pan przemówił do mnie: „Przyjmij teraz z powrotem dobroć twojego ojca". Z powodu ran otrzymanych w przeszłości wymazałam wszystko, co go dotyczyło, i kiedy teraz otworzyłam drzwi mojego serca i przyjęłam z powrotem jego dobroć, zamieszkało we mnie coś bardzo głębokiego i cudownego. Innym razem przejeżdżałam obok domu, w którym mieszkaliśmy gdy byłam dzieckiem i wówczas powróciły dawne, przykre wspomnienia. Poczułam w moim sercu pełną miłosierdzia i współczucia miłość Jezusa: „Lindo, twój ojciec nie umiał kochać, nie umiał żyć we właściwy sposób, po prostu nie umiał". Jako że wcześniej podjęłam postanowienie w mym sercu, aby zachować szacunek dla mego ojca, mogłam usłyszeć głos Boga mówiący o mojej relacji do ojca. „Czcij ojca twego i matkę... aby ci było dobrze..." (Ef 6,2).

Moja matka, Elizabeth Joy Vander Ploeg, umarła z powodu choroby serca w 1995 roku. W godzinę swojej śmierci powiedziała do mnie: „Lindo, zawsze pamiętaj List do Filipian 4,19: „A Bóg mój według swego bogactwa zaspokoi wspaniale w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę". Matka powiedziała: „Nigdy o tym nie zapominaj, Lindo". „Będę pamiętać, Mamo" - odpowiedziałam. Wówczas poprosiła, aby jej natrzeć plecy. Parę dni później, gdy siedziałam przy jej szpitalnym łóżku, poprosiłam o jej błogosławieństwo. Wyciągnęła rękę, z miłością dotknęła mojego czoła i wypowiedziała modlitwę błogosławieństwa. To były jej ostatnie słowa do mnie. Dzień po jej pogrzebie siedziałam sama w małej chatce mojej mamy w lasach Oregon, rozpalając ogień na kuchni i gładząc ręką oparcie jej ulubionego krzesła. Zaczęłam rozmawiać z Jezusem i powstawała z tego piosenka „Panie, nie chcę żeby ona odeszła, tak bardzo mi jej brak", l znów poczułam Jego cudowną obecność. W ciszy Jego głos zstąpił z nieba do mojej duszy, zestrojony z melodią mojej piosenki: „Gdybyś wiedziała jak ona jest szczęśliwa!" Mogłam tylko oddawać Mu chwałę. Po jej pogrzebie poleciałam na Maltę wyspę na Morzu Śródziemnym, aby przemawiać na pierwszym spotkania Magnifikat - Służby Kobiet Katolickich w Europie i smucić się wraz z moimi przyjaciółmi, Myrian i Richardęm England. Zabrali mnie na parę dni na maltańską wyspę Gozo, gdzie spacerowaliśmy, rozmawia- liśmy, jedliśmy, spaliśmy i oglądaliśmy piękne miejsca, którymi mama byłaby zachwycona. Wtedy dowiedziałam się, że Gozo znaczy „Wyspa Radości"* [* Radość - ang. joy]. Drugie imię mamy. „Panie, Ty jesteś taki dobry". Na Malcie modliłam się z moim drogim przyjacielem, ojcem Madeleine 0'Connell, Baronem Jerome de Piro D'Amico Inguanez. Umarł wkrótce po śmierci mamy, także z powodu choroby serca. Pan był tak dobry dla nas jako przyjaciół, gdy dzieli- liśmy nasz smutek i modliliśmy się razem. Z pewnością nasi rodzice spotkali się w niebie! Po śmierci mamy, zdecydowałyśmy razem z siostrą wyruszyć w podróż.

Przez cały czas naszego dzieciństwa nigdy nie mieliśmy wspólnych rodzinnych wakacji. Dla wielu ludzi wydaje się na pewno niepojęte, ale dla naszej rodziny życie było nieprzerwaną walką o przetrwanie. Potężny pożar zniszczył nasze ranczo na wybrzeżu Kalifornii, gdy miałam 12 lat i potem przenosiliśmy się z miasta do miasta przez całą Kalifornię w poszukiwaniu prac budowlanych. Pozostały mi twarde wspomnienia życia w małych, pełnych kurzu obozowiskach przyczep samochodowych, w pustynnych miastach, wiecznych przeprowadzek, które nie dawały szans zapuszczenia korzeni. Życie było twarde, my byliśmy biedni. Tak więc Cherrill i ja poleciałyśmy do Toronto pierwszą klasa, wykorzystując wszelkie pokłady mojego pierwszoklasowego samopoczucia w roli platynowego pasażera Amerykańskich Linii Lotniczych. Była to niezła zabawa. Rozmawiałyśmy o życiu, o jej dzieciach, o modlitwie, o moich podróżach i o wartości tamburyna w od- dawaniu czci i chwały. Pewnego wieczora w czasie naszej podróży nawiedziły mnie obrazy naszego dzieciństwa na ranczu, jak falujące wzgórza i doliny suchej trawy. Gdy podzieliłam się tym wrażeniem z moją siostrą, obie stanęłyśmy twarzą w twarz wobec pustki i braku wychowania w naszym dzieciństwie. Potem myślałam o wszystkich moich trudnościach na drodze do przeżywania zdrowego, w pełni owocującego życia i nowymi oczami widziałam jasno, że moja siostra przeżywała te same zmagania. Zawsze zakładałam, że życie było dla niej łatwiejsze, bo była taką odpowiedzialną starszą siostrą a teraz pełną współczucia pielęgniarką w przytułku. Nigdy nie była buntowniczą czarną owcą jak jej młodsza siostra. A jednak odkryłam, że w wielu kwestiach byłyśmy bardziej podobne niż różne. Nowa miłość i szacunek dla niej zaczęły się rodzić w moim sercu. Dzieliłyśmy też miłość i szacunek jakie czułyśmy dla naszych rodziców, którzy tak ciężko się zmagali by wszystko miało jakiś sens. Obejmowałyśmy ich naszym prze- baczeniem i błogosławieństwem i obiecałyśmy sobie pozostać w łączności. Gdy mama zmarła znalazłam jej dziennik modlitwy w szafce przy łóżku i zaczęłam studiować jej prywatne refleksje. Było to zadziwiające. Lęki, brak poczucia bezpieczeństwa, koncentracja na sobie, z którymi ja sama się zmagałam, mogły równie dobrze być jej odczuciami. A jej głębokie pragnienie prawdziwego poznania Jezusa, jej bezustanna droga ku Niemu z niezmordowanymi pytaniami - mogły być moje własne. A oto kilka klejnotów z jej dziennika:

• „Pan okazuje jasno w Swoim słowie i poprzez moją współpracę z Nim, że obdarza nas mocą i spokojem ducha gdy Go czcimy i wysławiamy."

• „Słowo, które Bóg mi daje po śmierci Charliego brzmi przez. Przeprowadził mnie przez wiele razy. To nie moja relacja ziemsko-niebiańska mnie niepokoi, ale samotność ziemskich relacji. Chcę przejść przez to, wraz z Nim, do zwycięstwa." 

• „Wczoraj natrafiłam na rozważanie odpoczynku w Bogu w Komentarzach do Biblii. Myślę, że to uwolnienie. Ulga od niepokoju; pokrzepienie; odpoczynek w Bogu. To pociąga za sobą relację do Niego. Jego jarz- mo daje odpoczynek naszym duszom. Kontempluj prawdę Bożego Słowa aż osiedlisz się w Bożym odpoczynku. To wreszcie zyskuje sens.

• „Nie zdawałam sobie sprawy, że problemy, które mnie tak długo gnębiły, to fortece i muszę prosić Boga, aby je skruszył. Pozostałości współczucia dla siebie samej; uczucia nieprzynależności. Chcę, aby On skruszył te fortece."

• „Znalazłam to w Żywej Biblii, u Izajasza 7,9: „Jeżeli nie uwierzycie, nie ostoicie się".

• „Czas roztkliwiania się nad sobą musi być bezwarun- kowo odrzucony, aby przyjść mogła Boża Mądrość. Czasem trudno jest konfrontować się z sobą samym, ale musimy to robić jeśli życie ma owocować. A ja naprawdę chcę iść z Bogiem, by być prawdziwie i przynosić owoce. Nie chcę źle pojętej religijności, ale prawdziwej i czystej".

• „Straciłam już dużo czasu na litowanie się nad sobą samą".

To, co da się zauważyć w życiu mamy, szczególnie w jej późniejszych, prawdziwie chrześcijańskich latach, to jej zaufanie do Jezusa. Bezcenne jest dostrzeganie nici zaufania wplecionych w jej życie, coraz mocniejszych. W jej notatkach mogłam zobaczyć działanie Ducha Świętego w duszy kobiety prawdziwie Mu podporządkowanej, choć wciąż pełnej niepewności i trwogi w wielu kwestiach, ale będącej szczególnym skarbem Boga. Oto cenne dziedzictwo. Wróćmy do historii z Lagos. Podczas podróży z cyklem prelekcji po Alasce uczestniczyłam w spotkaniu modlitewnym wraz z liderami ruchów chrześcijańskich, w chacie zbudowanej z drewnianych bali. Podczas modlitwy jakaś kobieta mówiła: „Tutaj jest ktoś, kto zamyka drzwi, które Bóg chce otworzyć". Coś poruszyło się głęboko we mnie i wyrzuciłam z siebie: „To ja. Ja nie chcę jechać do Afryki". Wobec wszystkich tych liderów okazałam skruchę i zapraszałam Boga, aby otworzył te drzwi. Nie po- wiedziałam świadomie: „Panie, nie chcę jechać do Afryki", ale kiedy problem Afryki stawał przede mną, nieświadomie odwracałam się. To była wielka niewiadoma, a ja bałam się Mu zaufać. Zaufanie jest kluczowym zagadnieniem. W pewnym momencie, podczas modlitwy zapytałam Boga: „Czym Cię dzisiaj obraziłam?" Jego odpowiedź usłyszałam szybko: „W dalszym ciągu Mi nie ufasz". Zaszokowana powiedziałam: „W czym Panie?" Kolejna szybka odpowiedź: „W sprawach dotyczących zdrowia i w sprawach finansowych". Bóg pozwolił mi zobaczyć obraz tego, jak troszczył się o mnie przez całe lata. Przypomniał mi czas, gdy ocalił życia mojej matki i moje, gdy była ze mną w dziesiątym miesiącu ciąży i miała poważne komplikacje. Odsłonił przede mną wiele sytuacji na przestrzeni lat, gdy z miłością troszczył się o mnie, mimo że ja odwracałam się i nie zważałam na Jego głos. Kwestia zaufania jest dużym problemem nie tylko dla mnie, ale dla wielu ludzi spo- tykanych gdziekolwiek jestem. Pisząc to, rozmawiałam z grupami w ponad piętnastu krajach i byliśmy tak bardzo do siebie podobni, gdy chodzi o kwestię zaufania. Myślę, że jest to sygnał, by zauważyć swą relację do Jezusa. Jeżeli istnieje bliskość i intymność, głęboka relacja, zaufanie zwycięży w końcu stare rany, stanowiące zapory do usunięcia. Ale wróćmy do Juneau na Alasce. Wszystko to wydarzyło się w maju. W lipcu tego samego roku w środku nocy zadzwonił do mnie Victor, lider grupy modlitewnej w Logos, w Nigerii, l pojechałam, mimo że moje oddanie się nie było jeszcze zupełne. Byłam na lotnisku w Detroit po całym weekendzie posługi, z biletami z Detroit przez Londyn do Lagos. Przeziębienie ścięło mnie z nóg, byłam wyczerpana. Zadzwoniłam do Pata Mullins'a, lidera moje grupy modlitewnej, i powiedziałam: „Pat, siedzę na lotnisku w Detroit, zmierzam do Lagos, jestem przeziębiona. Nie chcę jechać do Afryki, chcę iść do domu i położyć się do łóżka!" O, ciało Chrystusa jest tak cenne! Pat ruszył do walki za mnie, gdy siedziałam skulona w budce telefonicznej 2000 mil stamtąd. Wyszedł naprzeciw wroga, rozkazał chorobie odejść, przy- pomniał mi, że Jezus jest moim życiem, i że Duch Święty wlał we mnie na powrót Boże życie. Czułam się znów jak wojownik. O, jak wielka jest moc i jakim jest przywilejem wstawianie się za braćmi i siostrami przynależącymi do ciała Chrystusa.

Powiedziałam już trochę o tym, co się wydarzyło w Logos. Nasza małość w rękach Boga, znaczy o wiele więcej niż możemy pojąć. Małe ziarnko gorczycy, słowo tutaj, modlitwa tam. W Jego rękach będą one dobre, nawet gdy nigdy nie poznamy owoców prostych, wiernych, posłusznych kroków. Bardzo szczególny jest sposób działania Boga w nas. On nigdy nas nie przymusza, ale zaprasza byśmy podeszli bliżej. W dalszym ciągu stoi przy drzwiach i puka, pragnąc bliskiego, indywidualnego zaangażowania w nasze życie. Powtarza nadal: „Będę dla ciebie tym, kogo potrzebujesz". Może gdy to czytasz Duch Święty pokazuje ci drzwi, które nie są jeszcze dla Niego otwarte. Czy pozwolisz Mu wejść przez te drzwi? Czy obawiasz się Mu zaufać? Czy obawiasz się, że pośle cię do Afryki? (Czy mogę ci powiedzieć, że podróż do Nigerii była najbardziej nieocenioną podróżą, jaką kiedykolwiek podjęłam? Ludzie byli wspaniali! Tak wiele się nauczyłam. Zakochałam się w nich. A co by było, gdybym trzymała te drzwi zamknięte? ...Ileż bym straciła!) Módl się ze mną:

Panie, w Twym wielkim miłosierdziu pozwól, by Twój Duch wzniósł się poprzez nasze zagmatwane historie, przez ukryte rany, niepowodzenia i straty. Niech Twój Duch wzniesie się nad tymi obszarami w nas, które są chore. Jezu oddajemy Ci nasze życie! Prowadź nas do pełni w ciele, duszy i duchu. Prowadź nas do pełni w relacji z Tobą i z każdym obok nas. Dziękujemy Ci, chwalimy Cię, wysławiamy Cię. Daj nam żywą i owocującą relację z Tobą - nie pojętą żle religijność, ale prawdziwą i czystą. Obyśmy, wraz z Elizabeth, nie tracili już więcej czasu na litowanie się nad własną niedolą. Obyśmy skoncentrowali całą naszą energię na przeżywaniu każdej chwili dla Ciebie, pozwalając jezusowi żyć w nas. Kochamy Cię Ojcze niebieski, kochamy Cię Jezu i kochamy Cię Duchu Święty. Amen. „Proszę, aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha Swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka. Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach, abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest szerokość, długość i wysokość i głębokość, i poznać Miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą" (Ef.3,16-19).

Linda Schubert