Poniższy tekst pochodzi z książki ks. Jana Twardowskiego „Autobiografia. Myśli nie tylko o sobie. T. 1: Smak dzieciństwa 1915–1959”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Skróty, tytuł i śródtytuły od redakcji. 

 

Pewnej nocy nagle obudziłem się i chodziłem jak czapla po podłodze. Łaziłem z kąta w kąt po pokoju. Przyszła mi do głowy nieoczekiwana myśl, żeby zostać księdzem.

Jestem księdzem i na pewno było to moją decyzją. Wytrwałem w seminarium. Kiedy jednak patrzę po latach na swoje życie, widzę, jak Bóg mnie do tego przygotowywał, chociaż wcale nie zdawałem sobie z tego sprawy.


Zakochany bez wzajemności
Przed wojną Kościół wydawał mi się ciasny. Raziła mnie, między innymi, nietolerancja w stosunku do niektórych mniejszości narodowych. Później, w czasie okupacji, w tych kręgach, w których się obracałem, spotkałem się z księżmi, którzy byli przerażeni losem Żydów i chcieli im pomagać. W czasie wojny zbliżyłem się do Kościoła. Czułem się wtedy cały czas tak, jakbym stał w obliczu śmierci.

Kilku moich kolegów ze studiów zginęło. Cały czas Niemcy kogoś łapali, deportowali lub rozstrzeliwali. To było ciągłe obcowanie ze śmiercią. Miałem poczucie kataklizmu w swoim życiu. Myśl o śmierci rozbudziła mnie duchowo, a równocześnie oddaliła od chęci zakładania domu. Poza tym byłem nieśmiały, trochę wystraszony w obecności kobiet. Nie nadawałem się do małżeństwa.

Byłem stale zakochany bez wzajemności. Zawsze mi się podobały kobiety, ich urok. A one nawet mnie lubiły, były ze mną bardzo szczere. Myślałem, że może były we mnie zakochane, ale nie, zawsze w kimś innym. Byłem raczej ich powiernikiem, zwierzały mi się z uczuć do innych mężczyzn. Widocznie miałem takie właśnie powołanie, charyzmat. Chciałem pomagać ludziom, służyć, być im użyteczny. To nie była myśl o sobie, tylko o tym, aby żyć dla kogoś. Miałem wrażenie, że Niewidzialny prowadzi mnie do kapłaństwa.

Początek mojego kapłaństwa jest dla mnie tajemnicą. Skąd się wzięło moje powołanie? Kiedy to odkryłem i zrozumiałem? Jak doszło do tego, że jestem księdzem? Odpowiedź wcale nie jest prosta. Moja droga do kapłaństwa jest inna, niż na ogół to się zdarza. Tajemnica powołania jest bardzo trudna do wytłumaczenia. Jako dziecko chciałem być podróżnikiem i jeździć po całym świecie. Lub przyrodnikiem.

Nigdy bym nie przypuszczał, że zostanę księdzem… Kiedy zacząłem studiować filologię polską w 1935 roku, nie myślałem o kapłaństwie. Moje powołanie zrodziło się w czasie wojny, było głęboką refleksją nad sensem życia i śmierci w obliczu zgonu wielu bliskich i znajomych… Na mój wybór wpływ miała na pewno wojna. Bliskość śmierci.

 

(...)

 

Niewidzialna siła
Pewnej nocy, 1943 roku, nagle obudziłem się i chodziłem jak czapla po podłodze. Łaziłem z kąta w kąt po pokoju. Przyszła mi do głowy nieoczekiwana myśl, żeby zostać księdzem. Nie mogłem zrozumieć, jak to się stało. Później miałem bardzo dziwną przygodę. Od czasu do czasu odwiedzałem Jerzego K., administratora wysokiego gmachu PASTA, gdzie mieściła się poczta.

Był razem z żoną w konspiracji AK-owskiej i w tym gmachu się ukrywali. Raz na trzy tygodnie urządzali przyjęcia pół literackie i pół towarzyskie. Odbywały się po południu, tak żeby można było zdążyć do domu przed dwudziestą, czyli przed godziną policyjną. Państwo K. byli polonistami, pięknie czytali. Te wieczory literackie w trudnym okresie były bardzo przyjemne. Różni ludzie przychodzili. Raz, w lecie 1943 roku, przyszła młoda przyjaciółka państwa K. Mówiono, że potrafi dobrze wróżyć z ręki. Więc podszedłem do niej: „Proszę, niech mi pani powróży”.

Poszliśmy do pokoju obok, gdzie byliśmy sami. Popatrzyła na moją rękę i powiedziała, żebym pomyślał o jakiejś dziewczynie. Pomyślałem o mojej znajomej uczennicy szkoły średniej Wandzie Zieleńczykównie, nazywanej Dziula. Nagle wróżka zbladła i zaczęła mówić: „Widzę... przychodzą gestapowcy. Wchodzą... wchodzą do jej mieszkania. Widzę cień. Jest w niebezpieczeństwie. Zginie!” – i zemdlała. Wyszedłem zdenerwowany z pokoju. Nie wiedziałem, czy przypadkiem to nie jest wariatka. Przez ciekawość, po upływie kilku dni, poszedłem do niej. Mieszkała koło Solca. Wróżyła mi dalej. Mówiła rzeczy bardzo banalne, które każdemu można mówić: o moich zdolnościach, że byłem zakochany itd. Dla mnie to były bzdury. Zapomniałem o wszystkim. Trochę później, wracając do domu, znalazłem list od niej. Napisała mi:

„Będziesz księdzem”.
Wkrótce dowiedziałem się, że gestapo aresztowało Dziulę razem z rodzicami. Wysłano ich do obozu, w którym później zginęli. Ojciec Dziuli, Adam, był profesorem filozofii we Wszechnicy – był to prywatny uniwersytet w Warszawie – a także w Gimnazjum im. Batorego. Był znany jako tłumacz R. Euckena. Jego siostra była matką poety, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Okazało się, że rodzina Zieleńczyków ukrywała u siebie w mieszkaniu Żyda i że ten człowiek popełnił samobójstwo. Wydało się wtedy, że udzielili mu schronienia. Rodzina Zieleńczyków była sama pochodzenia żydowskiego, ale gestapo o tym nie wiedziało.
Czułem, że pcha mnie w kierunku kapłaństwa jakaś niewidzialna siła. Tak jakby to samo szło. Byłem nieświadomy tego, co robię – po tej nocy 1943 roku, kiedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl o kapłaństwie.

 

(...)

 

 

Nie ma przypadkowych spotkań
Dużym dla mnie wydarzeniem było pojawienie się w moim życiu Jana Skalskiego, młodszego kolegi, którego matka wyciągnęła na siłę z seminarium duchownego, bo chciała go mieć tylko dla siebie. Nieoczekiwanie przyjechał z Krakowa. Opowiadał mi o kapłaństwie, seminarium, wykładach, modlitwach. Opowiadał mi o swoim życiu w seminarium z wielkim zapałem i wzruszeniem. Żałował, że wystąpił. To były piękne wspomnienia. Przywołał mi myśl o kapłaństwie. Ja sam nigdy nie wpadłbym na pomysł, żeby do seminarium wstąpić. Nie wiedziałem, że istnieją w ogóle jakieś seminaria. Janek zainteresował mnie, wzbudził we mnie tęsknotę za kapłaństwem. Bardzo polubiłem Janka. Był przyjacielem naszego domu.

Potem niespodziewanie spotkałem Stanisława Rostkowskiego, matematyka i psychologa, wierzącego, ale zupełnie niepraktykującego. Stanisław Rostkowski był spokrewniony z rodziną świętego Stanisława Kostki z Rostkowa. Niezwykły człowiek w moim życiu. Uczył mnie tolerancji i wybaczania. Zaczęliśmy rozmawiać o kapłaństwie i o tym, że powinienem być księdzem. Miałem do niego duże zaufanie.

Myśl o kapłaństwie powracała na Powązkach przy grobie Bolesława Prusa. Dzisiaj kojarzę to sobie z wpływem mojego szkolnego kolegi. Z chwilą gdy wstąpiłem do seminarium duchownego, niespodziewanie umarł on w czasie wycieczki do Szwecji. Myślę, że spełnił swoje zadanie przekazane od Boga. Sam umarł, a mnie doprowadził do seminarium. Gdyby nie on, nie zostałbym księdzem. I w tym miejscu mogę powtórzyć, że nie ma przypadkowych spotkań. Ktoś pojawia się niespodziewanie na naszej drodze, a potem okazuje się, że miał w naszym życiu odegrać ważną rolę.

Dłużnik Pana Boga
Na moją decyzję wstąpienia do seminarium – jak już wspomniałem – duży wpływ miało powstanie warszawskie. Zginęli w nim wszyscy moi bliscy koledzy, miałem wyrzuty sumienia, że nie zginąłem razem z nimi. Były to okoliczności sprzyjające innemu spojrzeniu na życie i swoją w nim rolę, ułatwiały otwarcie na taką decyzję, na usłyszenie głosu Boga. Miałem poczucie, że jestem dłużnikiem Pana Boga. Miałem taką potrzebę życia duchowego. Poza tym była wojna, okupacja.

 

(...)

 

Co ciekawe: kiedy znalazłem się po powstaniu warszawskim w pobliżu Gór Świętokrzyskich, w miejscowości Końskie, całkiem nieoczekiwanie spotkałem znów profesora Rostkowskiego. Cud jakiś. Dostał się tam nie wiadomo skąd. Dotykałem go jak sennego zjawiska. Sprawdzałem, czy mi się śni, czy nie. Profesor powiedział mi: „Jedź jak najszybciej do seminarium, bo inaczej nie będziesz księdzem”. Takie dziwne spotkanie… Przejąłem się tym bardzo i od razu zacząłem szukać kontaktu.

Pojechałem do Czubina koło Błonia, gdzie odradzało się po wojnie seminarium. Nie miałem żadnych dokumentów. Wszystkie się spaliły. Nie przyjmowano wtedy takich ludzi, bo bano się. Prefektem seminarium był mój dawny znajomy, ksiądz Bogdan Jankowski, który zaczął pełnić tę funkcję w drugim roku kapłaństwa. Od razu mnie przyjął, bez dokumentów i poświadczeń. Wprowadził mnie w kapłaństwo. Zaufał mi i przyjął. Mimo że „Kuźnia Młodych” była lewicująca, a ja byłem po trzydziestce. Między mną a moimi kolegami była duża różnica wieku. Ksiądz Jankowski potem został benedyktynem w Tyńcu i tam – jako ojciec Augustyn – opatem. Ważna figura. Tłumacz Pisma Świętego, wielki filolog klasyczny, piękna postać (…).

Spoza mnie
Wstąpiłem do stanu duchownego w okresie bardzo niesprzyjającym powołaniu kapłańskiemu. Był to czas, kiedy nie wiadomo było, co stanie się z Kościołem. Niepewny był też los warszawskiego seminarium duchownego: w każdej chwili mogło być przecież zamknięte. Nie był to również czas łaskawy dla poezji. A już na pewno nie było nadziei na drukowanie wierszy. Pewne przeżycia wewnętrzne, okupacyjne – bliskość obcowania ze śmiercią sprawiły, że poszedłem tą drogą. A poza tym tajemnica powołania, której nie można zrozumieć i przełożyć na język pojęć dostępnych człowiekowi.

Nie zostałem wybrany dlatego, że jestem lepszy od innych, bo nie jestem lepszy ani nie jestem mądrzejszy. Ludzie piszą doktoraty, są bardzo wykształceni, gdzie mi do tego wszystkiego. Ale powołanie przychodzi spoza mnie. Łaska jest darmo dana. Podobnie jak miłość; prawdziwa miłość nie jest za coś.
Gdybym powiedział, że sam sobie taką drogę wybrałem, gdybym potem doszedł do wniosku, że jeśli się nie nadaję, to mogę wystąpić, ale to Bóg mnie powołał, a ja spełniam tylko rolę służebnicy Pańskiej, wypełniam to, czego Pan Bóg ode mnie chce. To są dzieje łaski, tak mi się wydaje. Nie da się tego do końca wytłumaczyć. Nie było wtedy żadnych konkretnych korzyści z takiej decyzji, wyglądało na to, że Kościół może być przez komunistów prześladowany. Zaufałem drodze – takiej, na jakiej mnie Pan Bóg postawił. Sam się na niej nie postawiłem (…).

 

48/2006 26-11-2006 „Gość Niedzielny”

 

 

 

Myśli nie tylko o sobie
O „Autobiografii” księdza Jana Twardowskiego mówi Aleksandra Iwanowska

Zwierzenia i opowiadanie o sobie nigdy nie były domeną księdza Jana Twardowskiego. Fragmentarycznymi wypowiedziami obdarowywał dziesiątki osób, ale przeważnie wspomnienia te były urywane i niepełne.

W rozmowach z bliskimi, z dziennikarzami, z ambony, w listach, przez telefon i bezpośrednio, na spotkaniach autorskich, przy okazji odbierania nagród, w swoich wierszach – mówił, dyktował, uzupełniał, pisał, dopowiadał, okraszał i ubarwiał snutą w ten sposób nieświadomie opowieść o swoim życiu. Także tym wewnętrznym. O wielu sprawach mówił niechętnie, bądź wcale. Wielką rolę w przybliżeniu osoby ks. Jana odegrali ci, którym udało się namówić go na wspomnienia.

Pretekstem do rozmów były święta i uroczystości, nie tylko kościelne, spotkania autorskie, odbieranie nagród, targi książki, wizyty w szkołach, śmierć osób ważnych dla polskiej historii. Krytycy literatury, badacze, dziennikarze radiowi, telewizyjni i prasowi mają w tym dziele wielką zasługę, bowiem utrwalili słowa księdza Jana Twardowskiego.

Ksiądz uświadomił sobie – mimo kilkudziesięciu lat życia – że sam nie napisał niczego o sobie. A nie napisał przez skromność i wrodzoną pokorę. Dlatego zapewne w ostatnim okresie życia na swoje fragmentaryczne, rozproszone wypowiedzi spojrzał przychylniej. Może dlatego z taką aprobatą przystał na propozycję Wydawnictwa Literackiego, przedstawioną w 2003 roku, przygotowania autobiografii opartej na zachowanych w różnej formie swoich wypowiedziach z wielu lat.

Słowa mówione, dyktowane i zapisane stały się podstawą „Autobiografii”, na którą składają się „myśli nie tylko o sobie”. Rozproszone wypowiedzi, czasem wręcz strzępy informacji, rzucone w przelocie, od niechcenia, teraz zebrane – układają się w opowieść o życiu księdza. Po 18 stycznia 2006 r. doszła nowa świadomość: każde utrwalone słowo jest skarbem, zamkniętym w przedziale ziemskiego czasu.

Przez trzy ostatnie lata życia, do końca, ksiądz Jan przykładał do rodzącej się książki wielką wagę. Podpowiadał, kierunkował, wskazywał, na co w wyborze materiału zwracać uwagę, co warto i trzeba pokazać. Uzupełniał niedokończone wątki, dopowiadał – nawet telefonicznie – nowe fragmenty wspomnień. Wybrał motta książki i rozdziałów, redagował podpisy licznych zdjęć. Przekazywał dokumenty, listy, rękopisy, fotografie i stare pocztówki, które bardzo by chciał w powstającej książce umieścić. W szpitalu podyktował myśli do wstępu.

I tak zrodziła się opowieść o kapitalnym znaczeniu. Opowieść pozwalająca zrozumieć fenomen człowieka, który nie zabiegając o to, stał się autorytetem, przewodnikiem, świadkiem Ewangelii, słuchanym i czytanym przez przedstawicieli wszystkich pokoleń. W konsekwencji zdarzeń swojego życia ksiądz Jan dostrzega plan Bożej Opatrzności i uczy, jak czytać książkę swojego życia, „którą pisze sam Pan Bóg”. W tym planie, jak na kartach księgi, pojawiają się ludzie, którzy w jego życiu odegrali znaczącą rolę, zdarzają się niepowodzenia, które stały się zapowiedzią sukcesu. Każdym niemal słowem „Autobiografii” ksiądz daje wspaniałą lekcję miłości, wdzięczności i pogody życia.